Bajka terapeutyczna o wrażliwości i nieśmiałości dziecka.

W samym środku parku dużego miasta znajdowała się niezwykła restauracja ,,Umberto”
Nie przypominała żadnego innego miejsca.
Rosły tam wysokie bananowce, pachniały soczyste pomarańcze, a ogromne liście zwisały z sufitu niczym w prawdziwej dżungli.
Goście szeptali, że kiedy zamknie się oczy można usłyszeć śpiew egzotycznych ptaków i szum dalekiego morza.
Siedzący sztywno przy stole Olek zwijał w dłoni serwetkę i czuł się bardzo smutny.
Naprzeciw niego siedział mężczyzna z surowym wyrazem twarzy, wpatrywał się w niego natarczywie i przewracał oczami niezadowolony. To był Olka ojczym.
– ,,Naprawdę tak niezdarnie posługujesz się sztućcami ”- prychnął głośno. – Czemu jesteś taki dziwaczny? Nie możesz być, jak inne dzieciaki – normalny?
Olkowi ze wstydu robiło się gorąco. Nie potrafił wypowiedzieć ani jednego słowa, bo jego nieśmiałość paraliżowała każdą próbę jakiegokolwiek sprzeciwu.
Goście przy sąsiednich stołach nie wiedząc jak się zachować, udawali, że nic nie słyszą.
A wysoko w liściach bananowca całą sytuację obserwował ktoś jeszcze.
To był Filip – najweselszy wąż świata.
Miał zielono-złote łuski na grzbiecie, oczy błyszczące, jak bursztyny i uwielbiał żarty bardziej nawet niż dojrzałe mango.
Najbardziej jednak nie lubił, kiedy ktoś krzywdził dzieci.
Uniósł swoja piękna wężową głowę i westchnął-,,Oj… czas chyba na małą lekcję dobrego wychowania”
Cichutko zsunął się z drzewa. Najpierw delikatnie poruszył liśćmi nad głową ojczyma. Szurrrr… Mężczyzna spojrzał zaniepokojony w górę. Nic nie zobaczył.
Po chwili z jego szklanki wystawała słomka zawiązana w supełek. Kelner, aż zamrugał ze zdumienia.
Olek po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.
Filip dopiero się rozkręcał.
Nagle z głośników restauracji rozległ się donośny komunikat – Uwaga! uwaga!
Przypominamy, że wyśmiewanie dzieci spowoduje natychmiastowe kurczenie się spaghetti na talerzu wyśmiewającego.
Dokładnie w tym momencie z talerza ojczyma zaczął znikać makaron.
Goście wybuchnęli głośnym śmiechem, a ojczym zrobił się czerwony, jak burak.
-Co jest?… – oburzył się. Wtedy to Filip zsunął się na oparcie krzesła i powiedział-,,Problem w tym, że dzieci nie potrzebują sztywnych, naburmuszonych dorosłych, którzy swoje niezadowolenie wyładowują na nich”.
Potrzebują takich, przy których czują się bezpieczne i ważne.
Ojczym zamarł. Nie wierzył w to, co słyszał.
Olek patrzył szeroko otwartymi oczami ze zdumienia. – Widzisz, Filip zwrócił się do ojczyma, kiedy kogoś wyśmiewamy, jego serce staje się malutkie i chowa się ze strachu.
Serca dzieci powinny rosnąć, a nie kurczyć się, jak twój makaron.
W restauracji zrobiło się zupełnie cicho. Wszyscy ze zdumieniem wsłuchiwali się w to, co powiedział Filip.
Ojczym spuścił wzrok. Po raz pierwszy spojrzał na Olka z uwagą i zauważył, że siedzi on smutny, skulony i cichy nie dlatego, że jest dziwny, tylko dlatego, że bardzo starał się być zaakceptowany.
Zrobiło mu się wstyd za swoje zachowanie. Odchrząknął – chyba nie byłem w porządku wobec ciebie Olek, wybacz.
Tak naprawdę nie wiem nic o chłopcach w twoim wieku. Jeśli dasz mi szansę cię poznać, obiecuję, że bardzo się postaram.
Filip uśmiechnął się szeroko -,,No proszę, a jednak cuda nawet większe niż ananas zimą się zdarzają”.
Ojczym i Olek uścisnęli sobie dłonie na znak zgody i spojrzeli obaj w górę kiwając z uznaniem głowami w kierunku Filipa.
Ciąg dalszy nastąpi….